poniedziałek, 27 lutego 2023

jak się toczą sprawy, czyli nadal szukamy: kto kim jest

 BLOKPOST nie jest tylko miejscem do sprawdzania, kto co przewozi. Policji ani wojska nie interesuje, dlaczego jedziesz w stronę frontu. Nieraz miałem sytuację (ostatnio pod głośnym Kupiańskiem) że żołnierz który mnie sprawdzał, przeżegnał się i powiedział "Szczasliwa". To oczywiście tylko słowo, które odbieram jako "bezpiecznej jazdy", ale w połączeniu z czynieniem znaku krzyża... oj. Tak. Wtedy mocno się zastanowiłem. Nie jechałem sam. Popatrzeliśmy wszyscy na siebie, ale chyba nie wszyscy poczuli wtedy to, co ja. To na szczęście nie był ostatni Blokpost przed linią zero, czyli linią frontu, za którą nie ma już nic oprócz walczących (celowo tak nieczytelnie to opisuję). Znam drogę do Kupiańska, wiem co i gdzie się znajduje. Podjeżdżam pod ostatni przystanek... żołnierz widzi napis na masce samochodu, rozpoznaje PL na rejestracji samochodu i dostrzega moją wystawioną blachę z napisem PRESS. Żołnierz ma osmoloną, ciemną, zmartwioną twarz. Patrzy mi w oczy i delikatnie wskazuje, bym jechał dalej. Ale ja nie jadę, przyhamowuję i pytam; "czy w Kupiańsku głośno?". Żołnierz potakuje. Patrzy na mnie ze współczuciem, choć może to jest podziw, dlatego ponawiam pytanie: "czy jest bezpiecznie?". W tym samym momencie zdaję sobie sprawę z poziomu absurdu/śmieszności tego pytania, trzy kilometry od linii frontu. Żołnierz jednak się nie śmieje. Zbliża się do mnie i mówi: "Nie jedź do Dworiczna. Nawet jeśli nie będzie już kontroli w mieście, nie jedź do Dworiczna, bo tam jest dzisiaj bardzo głośno."

czwartek, 16 lutego 2023

poznane osoby, czyli kto kim jest

 ... te trzy kropki w moim pisaniu oznaczają miejsce, w którym podczas werbalnej konwersacji robi się pauzę, spogląda w bok, szukając odpowiedzi na zadane pytanie lub mówiąc wprost, nabierając czasu do zastanowienia, jak można sobie nieprzemyślaną odpowiedzią zaszkodzić, podać pół prawdy lub po prostu wpierdolić się w kłopoty. Podczas mej rocznej już podróży (z niedużymi przerwami) takich pauza miałem bardzo wiele... ale nim to wszystko opowiem, najpierw do rzeczy, czyli spróbuję przedstawić postacie, które tu często spotykam. Zrozumienie tego Państwa nie jest łatwe, bo państwo a narodowość to zupełnie coś innego. Nie chcę i nawet nie śmiem definiować tych pojęć, nie chcę oceniać ludzi, ale chcę ich opisywać. Chcę ich opisać tak jak widzę i tak jak czuję. Nie będzie ani chronologicznie ani alfabetycznie. Będzie spontanicznie, według wagi emocji, według chwilowego zauroczenia. Blokpost to miejsce na drodze, w którym każdy przejeżdżający musi się zatrzymać. To jak granica wewnątrz kraju. Państwo w stanie wojny może wszystko. Zablokować, zatrzymać, przetrzymać, sprawdzić, wyjaśnić, zapytać. Blokpost to najczęściej kilka wielkich, betonowych bloków lub olbrzymie kontenery/wory z piachem. Ustawione są tak, by samochód nie mógł tego sforsować jadąc szybko i jadąc na wprost. Trzeba zwolnić prawie do zera i zatrzymać się. W tym miejscu stoją żołnierze oraz policja. To przeważnie od dziesięciu do trzydziestu osób. Są uzbrojeni. W większych miastach, stoją za ich plecami transportery wojenne lub jak w Charkowie: czołg. Od strony kierowcy podchodzi policjant lub żołnierz. Nie jest ani wesoły ani smutny, stara się być normalny. Dopiero kiedy słyszy ode mnie głośne "Dzień dobry" od razu rozpoznaje, że mówię w przyjaznym i przyjacielskim języku. Zadaje kilka prostych pytań, "skąd jadę i dokąd zmierzam" oraz "czy nie przewożę broni". Uśmiechanie się do żołnierza na blokpoście nie jest karalne, ale raczej tego unikam. Na początku tego szaleństwa, byłem tak mocno współczujący, że gdybym tylko mógł, każdego bym przytulał... ale oni tego wcale nie potrzebują (ale o tym, to jeszcze nie raz tutaj napiszę). Jeśli jest ten dobry dzień, nie pokazuję już niczego i dostaję zgodę na przejazd, jeśli jest ten gorszy... sprawy toczą się nieco inaczej.

17 luty czyli prawie rok wojny

Żyję i mam się dobrze. Jestem teraz w miejscu, które kilka dni temu zostało wpisane na listę skarbów Unesco. Zbliża się rocznica wojny. Tu gdzie jestem, nie ma trupów. Po ulicach ganiają porzucone przez właścicieli chmary psów. Przez ostatnie dwanaście miesięcy, widziałem wiele wystraszonych psiaków. Wygłodzonych, wypłoszonych, samotnych. Obok nich, na ulicach pojawili się już ludzie. Są o wiele bardziej głodni, bardziej samotni, nie podnoszą wzroku, kiedy wyczekują w kolejce po paczkę z jedzeniem. Dopiero teraz otwiera mi się głowa, widzę światełko w miejscu, w którym człowiek uświadamia coś sobie. Przez ostatni rok tylko patrzyłem. Jako autor zdjęć, archiwizowałem. Jednak muszę przyznać, że bardzo rzadko robiłem to ze zrozumieniem. Filmowałem to, na co skierowałem kamerę. Postaram się o tym powoli opowiedzieć.

środa, 25 marca 2020

2020

Świat się kończy... od kilkunastu dni kotłuje mi się ten cytat, kiedy raniutko staję przy oknie i spoglądam na uliczkę, zamknięte jeszcze sklepy, pustki w ludziach. Cisza. Ostatni raz byłem tu, na swym blogu,  cztery lata temu. Postawiłem go ponad 10 lat temu, przy okazji premiery mojej pierwszej książki. Praca zawodowa nie pozwoliła mi na kontynuowania dalszych prac,  z wyjątkiem dokończenia "Syna Bobera", który miał ukazać się w tym roku, ale w związku z wirusem... jeszcze nie wiadomo. Mam jednak pewien pomysł, by napisać coś innego, serialowego, w prozie i publikować właśnie tutaj. Czy wraca czas na takie czytanie? Na kontakt z czytelnikiem prawie LIVE online? Już wkrótce zrobię próbę. Do zobaczenia.

sobota, 18 czerwca 2016

czy tutaj ktoś jest

Szukam cię. Pozbijane lustra, oblane pomylonym dzieciństwem, nic nie odbijają. Próbuję, bo czuję, że w cieniu też odbije się cień. "Tak siedzę sobie w oknie, mam kilka lat. Mniej lub więcej, czuć bym chciał. Szpitalny wącham mrok".

środa, 8 czerwca 2016

BEZDECH

SCENA 27 ROK 2012. PROKURATURA. POKÓJ NACZELNIKA. Wnętrze.
Naczelnik zamyka akta. Siedzący przed nim Wójcik, poprawia się.
NACZELNIK (wzdycha)
Czegoś nie rozumiem. (rozpiera się w fotelu) Dwadzieścia lat temu, na obozie nurkowym dochodzi do wypadku. Dochodzenie kończy się szybko. Diagnoza – utonięcie. Nikt nie ma postawionych zarzutów. Nie ma cienia dowodów, że ktokolwiek z uczestników maczał w tym palce. Dziesięć lat po obozie, ginie dwóch przyjaciół Adama Kellera, a teraz, po kolejnych dziesięciu latach, zgłasza się kolejny uczestnik obozu i twierdzi, że po tych dwóch, rzekomo zabitych, on będzie następny. (uderza dłonią w stół) Labirynt!
PROKURATOR WÓJCIK
Tak. Na obozie było pięciu przyjaciół. Dwóch już nie żyje.
NACZELNIK
Ale odstęp czasowy? Dziesięć lat! Jak? Po co?
PROKURATOR WÓJCIK
Do tego jeszcze nie doszedłem.
NACZELNIK
Ale to nie trzyma się kupy. Pan błądzi prokuratorze Wójcik. Walczył pan o tę sprawę, ale najwyraźniej jest pan za młody. (macha ręką) Czy oskarżony zaczął mówić?
PROKURATOR WÓJCIK
Nie, ale to skomplikowana sprawa.
NACZELNIK (złośliwie)

Skomplikowana? I co pan ma zamiar z tym zrobić? Niech pan dopuści do niego adwokata, może się sprawa „odkomplikuje”.

czwartek, 3 grudnia 2015

Zbutwiały ślad umysłu…

Drogi mój.
Dzisiaj dowiedziałem się, że jesteś. Nie wiem, czy wystarczy mi czasu, by opisać całą drogę, którą odbyłem w poszukiwaniu siebie i swojej tożsamości. Na tej drodze znalazłem ciebie. Wiem już, że gdzieś jesteś. Mój synu. Nie wiem jak masz na imię… nie wiem, ile masz lat, choć czas w moim przypadku w ogóle nie ma znaczenia. Piszę te pamiętniki dla ciebie, bo wiem jak to jest żyć bez tożsamości, daty urodzenia… ja poświęciłem większość swego życia na to, by dowiedzieć się kim jestem. Większość przeżytych lat starałem się wyjaśnić, dlaczego tak mało pamiętam. Wiem, że ty też będziesz szukał. Będziesz szukał najpierw siebie, a później zaczniesz szukać swego ojca. A to już wiem na pewno, ja jestem twoim ojcem. Ale musisz wiedzieć, że ja szukałem siebie i przy okazji odnalazłem ciebie. Przez przypadek trafiłem na twój ślad synu.
Nie podaję dzisiejszej daty, bo nie wierzę w czas. Kilka okresów spisywałem jako pamiętniki, jeszcze kiedy żyła Lisa, zaraz po pierwszej wojnie, ale jako moje dzienniki to zaczynam dopiero dziś, bo dziś kiedy już jestem tak bardzo stary… bo dziś się dowiedziałem, że istniejesz. Mam nadzieję, że kiedyś odnajdziesz ten pamiętnik. Pewnie zabiorę cię w podróż, której nie spodziewasz się.

Jak się przekonasz, moja pamięć wracała w różnych okresach mojego życia.
DZIENNIKI BOBERA. fragment listu do Andrew Pash'a.

wtorek, 7 lipca 2015

Sucha ziemia taki głos wydaje, jakbyś w puste drzwi, lękliwą pukał pięscią.

Syn Bobera. rozdział 14. "Niebo świszczało, ale to nie wiatr panoszył się pośród rzadkich chmur".

czwartek, 2 lipca 2015

Jeśli umrzesz, to tylko przy mnie.


SCENA 180

ARESZT ŚLEDCZY. POKÓJ WIDZEŃ.

Pusty pokój widzeń. Adwokat wchodzi, kładzie teczkę na stoliku. Nerwowo przechadza się. Do pokoju widzeń wchodzi M.

ADWOKAT

Prokurator ujawnił motyw.

M.

Jaki motyw?

ADWOKAT (obrusza się)

Jak to jaki? Motyw pana działania.

M.

Niech pan mnie nie obraża.

ADWOKAT (nachyla się) (szept)

Prokurator twierdzi, że usuwa pan wszystkich, którzy wiedzieli o wypadku Edwarda Tkaczyka.

M.

(robi zaskoczoną minę)

Kogo?

ADWOKAT

No to ja pytam kogo! Jak mam pana bronić, skoro nic nie wiem o Edwardzie Tkaczyku. I nic pewnie bym nie wiedział, gdybym dziś nie przechwycił tej informacji.

M. (szczerze zaskoczony)

Ale ja nie znam żadnego Edwarda Tkaczyka. Miałem przed chwilą dziwne odwiedziny, ale…

(kręci głową)

Nie wiem kim jest jakiś Tkaczyk.

ADWOKAT

Kim był…

M. (powtarza automatycznie) (jakby się sam poprawiał)

Czy tam: „kim był”. (podnosi głowę) Jak to był?

ADWOKAT

Czy pan myśli, że przyszedłem tu żartować? Prokurator zbiera dowody, że usuwa pan wszystkich, którzy wiedzieli o śmierci Edwarda Tkaczyka. (podnosi głos) Tylko dlaczego ja nic o tym nie wiem?

(M. nie odpowiada)

I nie ma żadnego znaczenia, że to zdarzyło się 30 lat temu na jakimś obozie.

M.

(blednie) (na twarzy przerażenie) (w oczach gonitwa myśli i nagle zrezygnowanie i strach) (po długiej przerwie) (Adwokat, który do tej pory wpatrywał się w M. podchodzi do okna. Wkłada ręce w kieszenie i ostentacyjnie wydycha powietrze) (M. ukrywa twarz w otwartych dłoniach)

M. (bardzo niewyraźnie)

ADWOKAT

Panie Adamie, proszę mnie posłuchać. Przyjechałem do pana, bo pojutrze sąd ma podjąć decyzję o tym, czy przedłuży panu areszt, czy wypuści i będzie pan odpowiada z wolnej stopy.

wtorek, 23 czerwca 2015

piątek, 29 maja 2015

wrócił...


Crown przeczytał jeszcze raz, zbliżył się do kominka i ogrzał dłonie. Zamyślony, spoglądał co jakiś czas w stronę nieruchomego Sean’a.

- „Jeśli któregoś dnia wrócę do domu i będę kimś innym..? – zacytował fragment na głos. – Czy teraz jesteś inny? Sean. Dlaczego mam uciekać?

Śnieżyca ustąpiła całkowicie. Śnieg przestał padać. Wiatr ucichł. Na ulicy nie było żywego ducha. Uliczne latarnie tliły się miarowym, ciepłym światłem.

Thomas Crown chwycił świecznik ze stołu i stanął blisko brata. Zbliżył płomień do jego twarzy i wnikliwie przypatrywał się jego oczom. Źrenice, niezmiennie stały nieruchomo, ale Sean oddychał szybciej. Crown zauważył częściej unoszącą się pierś brata i pochylił się jeszcze bardziej.

Nagle, od strony kominka, doleciał ich silny podmuch gorącego powietrza. Crown zachwiał się, przechylając świecę. Kropla płynnego wosku opuściła świecznik i leciała w dół. Kiedy dotknęła ręki Sean’a, nie rozprysła się. Przylgnęła ściśle do skóry. W kominku buchnął większy płomień.

Thomas Crown obrócił się w jego stronę i stanął do brata tyłem. Kiedy trzeci podmuch gorącego powietrza wdarł się do salonu, Sean drgnął.

Thomas nie widział, jak jego brat poruszył oczami i wbił wzrok w środek ognia. Sean przyglądał się skaczącym po drwach iskrom i nie odrywając wzroku, powoli się podniósł. Wykonał krok, rozejrzał się po pomieszczeniu i ponownie spojrzał w ogień.

Stojący nadal tyłem Crown zastygł. Poczuł, że coś za jego plecami zmieniło się. Cień na ścianie powiększył się. Ręce zaczęły mu drżeć. Przełknął ślinę i odwrócił się.

- Matko Przenajświętsza – przeraził się na widok stojącego przed nim Sean’a. – Jednak to działa? Mówiłem, że gorąco woda czyni cuda.

Rzucił się do uścisku, ale Sean nawet nie podniósł rąk. Stał jak zastygły. Jedynie jego oczy. Były teraz żywe, poruszały się we wszystkich kierunkach, ale za każdym razem kończyły swoją wędrówkę w płomieniach kominka.

Kiedy kolejny podmuch rozsadził salon, Sean jęknął. Thomas był pewny, że się przesłyszał, gdy Sean zrobił pierwszy krok. Potem następne. Odmoczone skarpety z sunęły się ze stóp i bose nogi zostawiały mokre ślady na drewnianej podłodze. Thomas próbował zagrodzić mu drogę, ale Sean odepchnął go i stanął przed kominkiem. Płomienie łasiły się jakby chciały go wciągnąć. Coraz większe i większe.     Nagle Sean potwornie jęknął. Jednym ruchem, szarpnął surdut. Srebrne zaczepy wystrzeliły jak pociski.

- Co robisz? Co się z tobą dzieje? – krzyknął Thomas.

Sean niespokojnie chodził po salonie. Z wielkim trudem próbował ukryć trzęsące się dłonie. Wskoczył na podest, zajrzał w głąb pomieszczenia, po czym wrócił do wejścia i przez szybę wyglądał na pustą ulicę.

- Gorąco mi – powiedział Sean charczącym głosem, próbując ściągnąć koszulę. Dokładnie spięte mankiety,  zablokowały się na nadgarstkach. Szarpnął mocniej nad głową. Materiał rozdarł się przez całą długość pleców. Bełkocząc coś niezrozumiale, sycząc pierwsze litery bluźnierstw, zerwał strzępy tkaniny i ponownie podbiegł do szyby. Szybkimi ruchami zaczął zamykać okiennice. Zwalał na podłogę, opierające się o nie obrazy i dekoracyjne świeczniki, które zawieszone po obu stronach wysokiego salonu, zdobiły wnętrze biblioteki.

- Sean – krzyknął Thomas chwytając go za barki. – Co się dzieje?

Mężczyzna zamarł. Zgarbił się i w bezruchu nasłuchiwał.

- Przyjdą po mnie – powiedział cicho i szeptem powtórzył kilka razy. – Przyjdą po mnie.

- Kto?

Thomas wystawił do niego rękę, ale Sean odtrącił ją i ruszył do drzwi. Zabarykadował wejście. Najpierw przystawił do drzwi szafę, a później komodę. Rozpalony, z czerwoną twarzą wbiegł na zaplecze. Domykał zasuwy, blokował ryglami okna, i przykładał okiennice do futryn. Na koniec przekręcił klucz. Wskoczył do salonu i przewracając fotele podbiegł do szyby. Próbował coś dojrzeć przez szparę przy samym dnie schowka. Giął się i wyginał. Nagle wyprostował się i ryknął z bólu, wykonując gest, jakby coś zaatakowało go w plecy.

- Na rany Chrystusa – rzucił się ku niemu Thomas. – Sean powiedz mi co się dzieje. Mam lekarstwa, tylko powiedz mi, co to może być?

Brat chwycił go za ramiona, uniósł do góry, jakby Thomas nic nie ważył i patrząc mu prosto w oczy, wycedził z wielkim bólem:

- Nie ma na to szczepionki panie Crown –  i rzucił nim o ścianę.

Thomas uderzył głową i opadł bezwładnie, ale nie stracił przytomności. Przez załzawione oczy obserwował brata, który teraz jak kot skakał po meblach, obracając się wokół własnej osi, wyjąc coraz głośniej w przeraźliwym bólu. W końcu Sean zatrzymał się. Położył płasko na stole, plecami do blatu i oczy wbił w żyrandol, który szklanymi obręczami, unosił się wysoko nad nim.

Thomas podczołgał się do jego twarzy i drżącą ręką chwycił go za nadgarstek. Widział jego czerwone oczy i rozdęte nozdrza, które szukały oddechu. I nagle Sean uśmiechnął się. Jego twarz na krótką chwilę rozpogodziła się.

- Wybacz mi – powiedział przekręcając głowę do Thomasa.

sobota, 8 listopada 2014

zapiski dzieci...


- Gdyby ktoś pytał, to nie masz pojęcia, skąd to się u ciebie wzięło – i rzucił Kolesiowi brązową kopertą wypchaną papierami.

W środku były fotografie, karty pacjentów i odręczne zapiski.

- Świat zszywa swoje błędy dratwą – powiedział nagle North. – Wyciąga z nas dusze i wije w palcach nitkę, a później przykłada do ust, by poślinić, wtedy łzy płyną z naszych oczu… a kiedy próbuje nawlec już na igłę, dratwa jest tak gruba, że nigdy się nie mieści… nieudolnie palcami zszywa swoje błędy, naszą dratwą…

- Nie wiedziałem, że posługuje się pan takim poetyckim językiem - Cornel patrzył na Northa z niedowierzaniem.

- To nie moje słowa, chłopcze – inspektor przetarł oczy, jakby odpędzał nadchodzące zmęczenie. – Kiedy znaleźliśmy Dzienniki Bobera, były w nich zapiski dzieci. Nie wiem, kto je tam włożył, bo były pisane innym charakterem pisma. Na pewno to nie było pismo Bobera… ale ten fragment czytałem wiele razy, aż zapamiętałem go.

niedziela, 14 września 2014

Nie zasnąłem...

Wiem od dawna, że Stetchowi Milfordowi, właśnie ten obraz
ukazał się przed spotkaniem. 
 

piątek, 5 września 2014

to Ty?


Jej głos. Był we mnie jak jej miłość. Pływał spokojnie w  żyłach, obiegając moje ciało. Znałem jej ciepło. Tyle na nie czekałem. Pływał tętnicami, odżywiając każdą część ciała. Odebrana miłość ucieka z oczu, które widziały i dotyku rąk, które czuły. Odebrana miłość ucieka z uszu, by nie słyszeć nic, co ją przypomina. Odebrana miłość ucieka do żył, by przetrwać w krwiobiegu.
Syn Bobera. "Ostatnia wola Maxa Woodward'a"


Klęczę. W złotych polach. Lawendowych polach. Jedynej przestrzeni, która przyciąga moje prawdziwe serce. Boję się opuścić powieki. Boję się, bo stracę cię z oczu. Boję się, że w ogóle cię nie było. Boję się, że wolałaś jego i tylko przez przypadek dotknęłaś mojej części. Boję się. Nie wiem, kogo całowałaś w Mieście i po kogo wróciłaś do Krainy. Czy na pewno po mnie? Kraina niesie nie tylko ból. Ona niesie prawdę. Ona nie niesie ciemności. To światło. Otwieram ramiona, by wpuścić trochę wspomnień, a więc nadal umieram, skoro nie patrzę już wprzód. Otwieram ramiona, by poczuć ten północny wiatr, który wysmagał policzki tylu cieniom. Tak, tak łatwo przecież rozpoznać tych, którzy umierają. Oni patrzą tylko w tył. Wdychają wspomnienia. Dostają rozedmy płuc od uniesień dzieciństwa. Po czym opadają jak rozwinięty mlecz, który przerodził się w kosmatą bańkę latawców. Klęczę w złotych polach. Kurczowo ściskam przegub, by od razu wyczuć, kiedy drganie ustanie. Tętno mego świata… puls mego pomylonego dzieciństwa… stukanie… stukanie.

Możesz mówić mi Zevon, bo jestem wędrowcem, który umarł.

on słyszy głosy dzieci

czwartek, 14 sierpnia 2014

Koleś czyli Cornel Cummings


Cummings odczekał, aż policjant wstanie. Naszykował niedużą latarkę, a kiedy ten zaczął spacerować, wślizgnął się do sali. Słyszał, że kobiety wyszły na główny korytarz i coraz ciszej rozmawiając, szły w jego stronę. Pochylił się i całym ciałem przylgnął do ściany, tuż pod samym oknem. Kiedy go minęły, opadł na kolana.

Zasłonięte szczelnie zasłony nie dopuszczały dziennego światła. W pomieszczeniu były cztery łóżka. Sprawdzał najpierw przywieszoną na przedzie tabliczkę z kartą informacyjną, potem zbliżał się do twarzy i w małym świetle latarki przyglądał się głowie. Ostatnie łóżko stało głęboko w rogu.

Cummings zbliżył się do niego, upewnił się, że salowe nie wracają i wyprostował się. Starzec leżał przechylony na prawy bok, twarzą do ściany. Miał łysinę po sam koniec głowy i tylko niewielkie pasma włosów nad uszami. Cummings uniósł mu rękę i zbliżył do szyi starca. Dłoń drżała mu tak bardzo, że zacisnął na chwilę, nie mogąc nad nią zapanować i nerwowym ruchem kilkakrotnie rozpostarł palce, i znów zacisnął w pięść. Obszedł leżącego, a kiedy był na wysokości jego twarzy, schylił się. Z lękiem w oczach przyglądał się starczym rysom. Panujący w rogu mrok nie pozwalał mu dojrzeć rysów. Chwycił lampkę i nacisnął włącznik. Snop ostrego światła rozjaśnił pół sali. Kucnął z powrotem. Bał się spojrzeć, ale powoli odwrócił głowę. Po chwili uśmiechnął się.

- To nie on. Uff – wypuścił powietrze z wyraźną ulgą.

Pastuch podszedł pod drzwi.

- Już – odparł Cummings gasząc lampkę. – Ale coś mi nie gra.

- A co? Ma grać radio? – gruby rozglądał się.

- Nie dowcipkuj, bo mnie szlag trafi – szarpnął go za ramię wciągając do sali – Zobacz, tylko ta karta jest świeżutka jak bułka. Czyściutka. Ktoś na szybko napisał nazwisko.  Musimy zadziałać inaczej!

- Zadziałać inaczej? Skąd bierzesz takie słowa? – a kiedy Cummings nie reagował, podsunął się pod samo ucho. - Jak to chcesz sprawdzić? – syknął grubas. – Chyba widzisz, że ma gips. Nie wystarczy ci, że ma inną gębę?

- Cicho! – syknął Cummings. - Przypomniał mi się ten chłopak ze szpitala – Cummings siedział pod ścianą i nie odrywał wzroku od szyby, przez którą co jakiś czas zaglądał policjant, odsuwając zewnętrzną firankę. – Haki Haka w innym ciele…

- Po co to łączysz?

- Nie wiem, ale Max napisał to samo.

- Nie Max, tylko stary Gabriel – gruby wycierał w koszulę spocone ręce.

Cummings podniósł się. Odsunął ze staruszka kołdrę i przyglądał się szyi.

- Co ty jesteś? Nekro? – grubemu pot płynął po czole.

Cummings nie zwracał na niego uwagi. Odsznurował krótkie linki, które przy obojczyku spajały obie części koszuli. Najpierw po lewej, a później po prawej stronie. W końcu zsunął w dół brzucha materiał, odsłaniając klatkę piersiową.

- Kurwa, Cummings. Czy ciebie pojebało? – Pastuch zaciskał zęby i wytrzeszczał oczy.

- Muszę być pewny, że pracuje mu serce – i to mówiąc pochylił się nad staruszkiem.

Klatka piersiowa unosiła się i opadała. Siwe włosy otaczały nieduże, ciemne brodawki.

- Sporo przeszedł ten człowiek – gruby wskazał na miejsce w okolicach serca.

Tuż pod mostkiem rozciągała się wielka jak dłoń blizna. Pod siwym owłosieniem była prawie niewidoczna i przypominała ślad po rozcięciu. Wklęsłe mięso zabliźniło się dawno temu.

- Stare czasy. Zagoiła się wiele lat temu – szepnął Pastuch.

Cummings przekręcił głowę i spojrzał na niego zdziwiony.

- No co? Ciotka też miała wypadek kiedyś, dwadzieścia lat temu. Niedawno widziałem jej łokieć. Jest mniej zabliźniony niż to tutaj – i kiwnął w stronę staruszka.

- Sprawdź, czy nikt nie idzie – Cummings rzucił  surowo.

- Czego ty chcesz, do cholery? Spieprzajmy stąd. Chyba już wiesz, że to nie on!

- Muszę być pewny.

- To ci nie wystarcza?

- Muszę być pewny, że ten staruszek to nie Bober, ale bardziej to muszę być pewny, że to Max do mnie przemawia.

Pastuch rozłożył ręce. Cofnął się do ściany i oparł się zrezygnowany całym ciałem.

Cummings nie zwracał uwagi na jego nawoływania i westchnienia. Zakrył leżącego, zawiązał koszulę i nakrył kołdrą. Przesunął się w dół i zatrzymał się przy kolanach.

- Daj mi nożyce! – rozkazał twardo.
- Co ci dać? – gruby jęknął. – Opanuj się na Boga, bo skończymy w więzieniu do końca życia.


("Syn Bobera" rozdział 11, fragment) 

wtorek, 24 czerwca 2014

Chciałem ci tylko powiedzieć "przepraszam"


     Klęknąłem. Nie poruszał się długo. Podszedł w końcu bardzo blisko. Poczułem zapach. Dziwny zapach wilgoci. Wyciągnął dłoń. Kościstą, usianą niebieskimi żyłkami, bladą i pomarszczoną. Położył ja na mej głowie.

    – Otwieraj swoje życie, za każdym podniesieniem powiek – i odszedł. Przekroczył Próg Podeptanej Młodości i znikł. Zeskoczyłem na bal. Wszystko ruszyło. Nade mną wieźli ją. Odnajdę cię. Po śladach twoich łez. Smutku woń wskaże ślady twe. Odnajdę cię. Ukochana. Każdej nocy, z tych które doświadczam… czuję ciebie. Ileż musiałem przejść, by tak móc czuć ciebie. Na jaki koniec wszechświata zdryfować, by tak czuć. I tak chcę cię prosić, byś mi wybaczyła, że opuszczam cię. Muszę wrócić, a ty musisz zrozumieć, że odnajdę cię. Jutro, kiedy uda mi się na nowo otworzyć oczy, będę czuć cię tak samo. Wiem, że wszyscy obiecują sobie miłość. Nauczono mnie tutaj, że miłość jest tak bardzo odległa ludziom. Że anielska, czysta jest jedna i cudu trzeba, by ludzie jej nie zniszczyli. By jej nie stracili. Ukochana moja. Nauczono mnie, że mieć to nie wszystko. Że to dopiero początek. Moja ukochana. Pamiętasz naszą noc? Wiem, że to tu się stało, w Krainie… ale nie mam wątpliwości, że to najpiękniejsze i najprawdziwsze, co sobie przekazaliśmy. Tak bym bardzo chciał, żebyś uchyliła powieki i zobaczyła mnie… bo dziś chciałbym być twym aniołem. I może dobrze, że nie możesz odpowiedzieć, bo pewnie byś mnie wyśmiała. Ale nie dziś. Dziś byś była wyrozumiała. Anioły nigdy nie umierają, dlatego możemy dla siebie być nieśmiertelni. Mi. Wrócę po ciebie, bo cię kocham – zamilkłem, bo tak mnie zakłuło, że padłem półprzytomny.

    Chciałem ci tylko powiedzieć przepraszam. Byłem małym chłopcem, kiedy przybyłem do Miasta. Byłem takim małym chłopczykiem, który poznał miłość. Byłem wtedy tak bardzo zakochany, a teraz kiedy wiem czyje serce bije tu w środku, prościej mi wstać i decydować. Chcąc wrócić, muszę przyjąć reguły powrotu. Nie mogę wrócić z tobą. Muszę wrócić sam. Nie pomogę ci będąc tutaj. Mogę tylko odkryć to, co od dawna ukrywam przed samym sobą. Tylko po powrocie, to znaczy stamtąd: będę mógł ci pomóc, jeśli odnajdę cię. A wiesz już, że po śladach moich własnych łez będę kroczył, i smutku woń mnie naprowadzi, by ciebie ukochana odszukać.
 
"Woodward" rozdz. 24 str.517

czwartek, 8 maja 2014

Huillo rozpoznał, że to alfabet.


"Naczelnik opuścił głowę.

- Czy ten przykład ze zbawieniem odnosi się także do zmartwychwstania? – Wax Commander miał bladą twarz.

- Wszystko się ze sobą wiąże. Przecież ktoś pokazał im drogę.

Zapadło milczenie. Obaj mieli wypieki na twarzy. Naczelnik powtórzył dwa razy słowo zmartwychwstanie i nieobecnym wzrokiem patrzył w księgę.

- Ale nawet ci jego bliscy. – Huillo zaczął jakby do siebie. - Ci bliscy przy Jezusie, oni wątpili. Nie potrafili odeprzeć ataków prawdy.

- Co pan ma na myśli? – rzekł Commander przechylając głowę w kierunku profesora. - List świętego Pawła do Koryntian?

- Też o nim myślałem – przerwał mu Huillo zaskoczony. - Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. List do Koryntian 15,14. – dokończył zamyślony.

- I gdzie nam teraz szukać śladów?

Wax Commander wstał. Podszedł do paleniska i wpatrywał się długo w skaczące płomienie.

- Nie mam zamiaru przed tym uciekać – powiedział Commander zapominając, że nie jest sam. Huillo podniósł głowę, ale nie odezwał się słowem. Dopiero, kiedy milczenie przedłużało się, podniósł głowę.

- Pan wie o tej księdze wiele, nie mówił pan, że aż tyle… - zaczął pierwszy profesor. – I o Biblii pewnie o wiele więcej niż przypuszczałem mimo, że przykładów ze zbawieniem bał się pan jak ognia.

Słysząc ostatnie zdanie, Wax Commander zacisnął pięści. Usztywnił się i nienawistnym wzrokiem spojrzał na księgę.

- Mam niezapowiedziane wizyty głupcze – głos naczelnika zamienił się w uderzenia młotem.

Michel Huillo znieruchomiał.

- Przychodzi do mnie, odkąd ten zegar przycumował do tego parszywego Vierhuizen! – Wax Commander miał obrzęk szyi, a jego głowa wygięła się do tyłu. Próbował złapać równowagę, ale zatoczył się po izbie i uderzył głową w stojące przy wyjściu klocki drewna.

Profesor Huillo poderwał się. Zrobił dwa kroki w lewo i pod ścianą próbował obejść leżącego Commandera.

- Co pan rozszyfrował? Kto pana nachodzi? – spytał, jak gdyby nigdy nic się wcześniej nie stało.

Commander podniósł się powoli, wspierając ręce o rozgrzane palenisko. Jego twarz kipiała. W oczach błądziło szaleństwo.

- Może będzie lepiej dla… może będzie lepiej, jak pan odstawi tę księgę? – głos profesora drgał.

Commander wyprostował się. Przyłożył płasko dłonie do ściany i przesuwał się bezszelestnie w kierunku ognia paleniska. Cień jego brody wydłużył się, a policzki zapadły pod oczami.

- Niech pan mówi, profesorze Huillo – głos mu wracał do normalności. Z oczu ustępowała dzikość. – Ja niczego nie odkryłem – mówił z trudem. – Ja niczego nie odkryłem, ale pan… Pan na pewno. Czyż nie?

Michel Huillo usiadł przy stole i długo nie mógł zacząć. Ukradkiem obserwował naczelnika, który najpierw wił się jak w skurczu, a później przysiadł blisko ognia. Kiedy Huillo otworzył księgę, Commander syknął prawie niedosłyszalnie.

Profesor pochylił głowę próbując odczytać naniesione z boku notatki, ale zdania fruwały jak uwolnione ptaki. Kiedy Commander zbliżył się do niego, zacisnął pięści, zebrał się w sobie i spokojnie zaczął:

- Ta księga nazywa się Księgą Holdorium. To nieznane dotąd słowo, ale tak właśnie dziwnie brzmi – starał się kątem oka kontrolować, co robi naczelnik, ale Wax zastygł jak bryła. - Po drugie, rozpoznałem kilka etapów, które podaje księga. To dziwne słowa. Starałem się nadać im sens zarówno frazeologiczny, jak i słowotwórczy. Zrozumiałem chyba, gdzie jest początek i wyszło mi, że całość tego przekazu podzielona jest na fazy. Pierwszą częścią jest etap, który nazwałem etapem Prologinacji. Zawiera w sobie otwarcie, czyli prolog, wstęp. Jednak drugi człon skupia się na poszukiwaniu. Moim zdaniem,  słowo które się wciąż powtarza, to słowo Terrus. Wyraźnie przez dwa r. To on poszukuje dzieci. W tekście młodzi błądzący… to dla mnie dzieci.  Zatem Terrus poszukuje dzieci.

- Jak się do niej dostać? – pytanie Commandera zabrzmiało ostro.

Najpierw profesor wzdrygnął się.  Przechylał głowę nie rozumiejąc pytania, a kiedy w oczach naczelnika napotkał lodowate bryły, otworzył księgę na czarnych stronach.

- Rozumowałem tak: Po pierwsze przyjąłem, że znaki w pierwszym, graficznym rzędzie, pochodzą albo od człowieka pierwotnego albo od kogoś, kto zna się na przekazie uniwersalnym, czyli coś takiego, jak alfabet Morse’a, wie pan, co to jest? Rozumowałem najprościej, składając kreski poziome i pionowe, ale za pierwszym razem to mnie zgubiło.

- A dalej? – niecierpliwił się Commander.

- Dalej? – Huillo spytał zdziwiony.

- No dalej. Czy wie pan już, po co są te strony… w tych kolorach? – naczelnik ożywił się. Przysiadł się do niego i chwycił  za ramię.

Michel Huillo pokiwał głową.

- Myślę, że wiem. Czarne strony są do kierowania czymś w Krainie. Gdziekolwiek ona jest… Nie wiem, czym. Tutaj spisałem wszystkie znaki i odnośniki do procedur, które rozumiałem. Moim zdaniem te są najważniejsze – rozłożył kilka kartek na stole i przystawił różnymi naczyniami, by się nie zwijały.

Oczy naczelnika rozszerzyły się. W jednej chwili na jego czole pojawił się pot.

- Alfabet – wyszeptał Commander wbijając wzrok w gęsto zapisane papirusy. – Rozszyfrował pan alfabet.

Coś nagle uderzyło w drzwi. Obaj podskoczyli przestraszeni. Na twarzy Huillo pojawiły się krople potu. Przełknął ślinę i ze zgrozą w oczach spojrzał na naczelnika. Commander pierwszy odzyskał przytomność umysłu i ruszył do przodu. Z całej siły kopnął w wejście, ale za drzwiami nikogo nie było. Mocny, zimny powiew wpadł do kuźni i potrząsnął woreczkami i linami. Ostry wiatr złowrogo zagrał na świecznikach. Świst brzmiał jak skowyt zwierzęcia. Naczelnik rozejrzał się po ścianach, jakby szukał, czy ktoś nie wdarł się do środka.

- Niech pan mówi. – Nakazał profesorowi, kiedy na powrót domknął drzwi.
                                      Huillo przymknął otwarte ze zdziwienia usta, przełknął ponownie ślinę i wyciągnął do Commandera rękę. Wyprostował palec i pokiwał nim.

(Syn Bobera. Rozdział 3

poniedziałek, 3 marca 2014

Poradnik dla zmarłych

Przygotowując się do październikowej premiery mej drugiej powieści, dotarłem do listu Johnego Banaar, który adresował do swego odnalezionego po latach syna. I już nie raz, sposób w jaki wyrażał swoje przemyślenia Banaar, zadziwiały mnie bardzo, to tym razem, "Poradnik dla zmarłych" mną wstrząsnął. Już wkrótce przytoczę fragmenty.