niedziela, 13 lutego 2011
piątek, 11 lutego 2011
W niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie…
"Zostałem upodlony. Nigdy nie rozumiałem, jaki ból musi wystąpić u kobiety skrajnie poniżonej - zgwałconej kobiety. Po gwałcie musi się czuć upodlenie. Ja czułem to wtedy. Miałem na prawym udzie wypalone cyfrę 13, na lewym 4 i 8… w sumie dawały mi numer 1348. Nie byłem już Michel’em Huillo. Profesorem łaciny. Byłem skatalogowanym, parzystokopytnym ssakiem, więzionym przez kogoś, kto odebrał mi wolność. Wojna niesie ze sobą oprócz strachu, zapach spalonej krwi. Paradoks wojny polega na tym, że podczas wojny, nikt nie wie o co walczy. Żołnierz rozumie, że o nowe ziemie, a za jego rozumieniem idą rozkazy. Zdobywa nowe tereny. Ale nie są to tereny dla żołnierza, jakiegoś Smitha,. Nie są to wioski czy miasta, w których ów Smith będzie mieszkał, założy rodziny, spłodzi dzieci. Nie są to domy, który będą własnością tegoż żołnierza. Nie wie dla kogo je zdobywa. To jest paradoks zdobywania. Paradoks wojny, wobec której większość myśli, że służy szczytnym celom poszerzania granic. Granic rozwoju umysłu i fizycznych, administracyjnych granic państwa. A państwo to ludzie. W państwie Wax’a Commander’a nie było ludzi. Jak pisał Charles Darwin, instynkt opanowany i ujarzmiony oddziela zwierzę od człowieka. Zatem ten, który nie panuje nad instynktem, ten jest zwierzęciem. A ja byłem człowiekiem. Po tylu latach pamiętam to uczucie, w którym pytałem siebie, kim jestem. I nie było to pytanie poetyckie. Tonąc w pełnym bezdechu, spowity niewyobrażalnym bólem palenia mej skóry i mięśni… pytałem siebie. Kim jestem, że … jestem nikim. Bo nie stanowiłem nic, i byłem niczym wobec ludzi, którzy wykonywali rozkazy… najpierw mnie porywając z mego domu… a później wypalając numer, nadając mi kolejne miejsce w nowym… innym świecie. W innym stadzie".
Diariusz Michaela Huillo. fragment.
Diariusz Michaela Huillo. fragment.
środa, 19 stycznia 2011
piątek, 14 stycznia 2011
LOCHY VIERHUIZEN
"Słońce świeciło mocno, ale nie było gorąco. Zimny wiatr przechadzał się wśród dojrzewającego zboża, i chłodził jego kłosy. Dotykał resztek owoców, które zwisały w zacienionych miejscach przy samych koronach owocowych drzew.
Kiedy jeden z żołnierzy wrócił z bochenkami chleba, wszyscy znikli przy pierwszym, mniejszym wozie, który stał po osie w glinie. Johny ruszył. Przy korzeniu topoli był po minucie. Wielka, rozdarta rana po dwóch piorunach była ciemna i miejscami poprzepalana. Przełknął ślinę. Zrobił nieduży naskok i wystawił ręce. Zawinął nogami i był pod zegarem. Uchylił drzwi i wstawił rękę. Dotykał z niedowierzaniem. W końcu zaglądnął do środka. Pomacał głębiej. Chusty nie był. Figurka Dicka van Soest’a leżała na miejscu. Wyciągnął ją. Obwiązał sznurkiem wokół brzucha i wrócił do sadu.
Żołnierzy nie było. Wolnym krokiem dotarł do polany blisko więzienia. Zesztywniał. Padł na kolana. Przed nim Stone i Flack, wbijając przed sobą łopaty, łazili kręcąc się wkoło.
- Kurwa jego mać – spaślak był zdenerwowany – Przecież kurwa musi tu gdzieś być.
- Mówiłem ci że jeszcze dychał.
- Nie wkurwiaj mnie Flack – Stone cisnął łopatą i złapał się za głowę – Szliśmy tędy. Pamiętam, bo tu zakopywałem resztki tego z trądem, pamiętasz?
Rudy szeregowiec patrzył na niego przerażonymi oczami:
- Mówiłem ci, że jak ktoś sam odbiera sobie życie, to był przy nim szatan. To szatan przekonuje, że nie warto żyć. To on zabrał ciało tego biedaka. Pamiętasz? Wczoraj w ogóle nie wiało.
Stone odchylił dłonie i tępym wzrokiem wpatrywał się w dal. Kucnął po chwili i skupił wzrok na kłosach jęczmienia, który falował na wietrze. Obracał się powoli to w jedną, to w drugą stronę. Zatrzymał głowę, gdy coś mignęło mu na horyzoncie.
- O kurwa – podniósł się – Szatan właśnie nadchodzi.
Flack jęknął i próbował dojrzeć coś w miejscu, od którego spaślak nie mógł oderwać wzroku.
- Wesley – wymamrotał w końcu.
- Bierz łopaty i biegiem – Stone rzucił komendę i ruszył biegiem.
Johny patrzył ze zdumieniem, jak dwóch facetów ściga się po polu. Dopiero kiedy zobaczył tuman kurzu, pochodzący od kilkunastu konnych, zrozumiał przed czym uciekali.
To byli żołnierze. Zatrzymali się przy dwóch zakopanych wozach. Johny stał blisko. Widział jak sześciu wartowników podrywa się, ubiera co popadnie i salutuje starszemu mężczyźnie. Potem rozpoczął się obchód. Jeden przez drugiego tłumaczyli coś swemu dowódcy, wskazując na osie wozów, gliniaste podłoże i umęczone konie. Johny słyszał tylko niektóre wyrazy. Zbliżył się kilka kroków.
- Wesley… – szepnął do siebie – „ten człowiek nie życzy mi dobrze” – szepnął najciszej jak mógł. Położył rękę na odstającej koszuli, a kiedy wyczuł drewnianą figurkę wrócił na polanę i szybkim krokiem doszedł pod mury więzienia. Minął kamienisty brzeg, którym zwykle wskakiwał na mur, i skręcił w prawo, na południową stronę.
Zapach malin mieszał się ze smakiem jedynej gruszy, z której nikt nie chciał zrywać owoców. Gniły, taplając się w gęstej trawie, odwiedzane tylko przez pszczoły i muchy. Kolczaste zasieki malinowych krzewów tworzyły balony, w środku których można się było poruszać. Oprócz północnego wiatru, nikt inny tamtędy nie hulał. Kolce były tak ostre, że nacięcie tworzyło głęboką ranę, która długo się nie goiła.
Tylko Johny zrywał tam maliny. Zawsze stał na zewnątrz. Nigdy nie wchodził do środka. Czasami wkładał głowę, by zobaczyć dorodne maliny wielkości śliwek, ale nie odważył się nigdy tam zagłębić. Teraz stanął z figurką Dicka van Soest’a. Przyglądał się gruszy, która stała na samym środku, a zewsząd otaczały ją malinowe kopce. Do drzewa było ze dwadzieścia kroków".
"Lochy Vierhuizen" rozdzial 3, fragment
Pisać proszę do mnie tylko na: jacek.roczniak@gmail.com
Kiedy jeden z żołnierzy wrócił z bochenkami chleba, wszyscy znikli przy pierwszym, mniejszym wozie, który stał po osie w glinie. Johny ruszył. Przy korzeniu topoli był po minucie. Wielka, rozdarta rana po dwóch piorunach była ciemna i miejscami poprzepalana. Przełknął ślinę. Zrobił nieduży naskok i wystawił ręce. Zawinął nogami i był pod zegarem. Uchylił drzwi i wstawił rękę. Dotykał z niedowierzaniem. W końcu zaglądnął do środka. Pomacał głębiej. Chusty nie był. Figurka Dicka van Soest’a leżała na miejscu. Wyciągnął ją. Obwiązał sznurkiem wokół brzucha i wrócił do sadu.
Żołnierzy nie było. Wolnym krokiem dotarł do polany blisko więzienia. Zesztywniał. Padł na kolana. Przed nim Stone i Flack, wbijając przed sobą łopaty, łazili kręcąc się wkoło.
- Kurwa jego mać – spaślak był zdenerwowany – Przecież kurwa musi tu gdzieś być.
- Mówiłem ci że jeszcze dychał.
- Nie wkurwiaj mnie Flack – Stone cisnął łopatą i złapał się za głowę – Szliśmy tędy. Pamiętam, bo tu zakopywałem resztki tego z trądem, pamiętasz?
Rudy szeregowiec patrzył na niego przerażonymi oczami:
- Mówiłem ci, że jak ktoś sam odbiera sobie życie, to był przy nim szatan. To szatan przekonuje, że nie warto żyć. To on zabrał ciało tego biedaka. Pamiętasz? Wczoraj w ogóle nie wiało.
Stone odchylił dłonie i tępym wzrokiem wpatrywał się w dal. Kucnął po chwili i skupił wzrok na kłosach jęczmienia, który falował na wietrze. Obracał się powoli to w jedną, to w drugą stronę. Zatrzymał głowę, gdy coś mignęło mu na horyzoncie.
- O kurwa – podniósł się – Szatan właśnie nadchodzi.
Flack jęknął i próbował dojrzeć coś w miejscu, od którego spaślak nie mógł oderwać wzroku.
- Wesley – wymamrotał w końcu.
- Bierz łopaty i biegiem – Stone rzucił komendę i ruszył biegiem.
Johny patrzył ze zdumieniem, jak dwóch facetów ściga się po polu. Dopiero kiedy zobaczył tuman kurzu, pochodzący od kilkunastu konnych, zrozumiał przed czym uciekali.
To byli żołnierze. Zatrzymali się przy dwóch zakopanych wozach. Johny stał blisko. Widział jak sześciu wartowników podrywa się, ubiera co popadnie i salutuje starszemu mężczyźnie. Potem rozpoczął się obchód. Jeden przez drugiego tłumaczyli coś swemu dowódcy, wskazując na osie wozów, gliniaste podłoże i umęczone konie. Johny słyszał tylko niektóre wyrazy. Zbliżył się kilka kroków.
- Wesley… – szepnął do siebie – „ten człowiek nie życzy mi dobrze” – szepnął najciszej jak mógł. Położył rękę na odstającej koszuli, a kiedy wyczuł drewnianą figurkę wrócił na polanę i szybkim krokiem doszedł pod mury więzienia. Minął kamienisty brzeg, którym zwykle wskakiwał na mur, i skręcił w prawo, na południową stronę.
Zapach malin mieszał się ze smakiem jedynej gruszy, z której nikt nie chciał zrywać owoców. Gniły, taplając się w gęstej trawie, odwiedzane tylko przez pszczoły i muchy. Kolczaste zasieki malinowych krzewów tworzyły balony, w środku których można się było poruszać. Oprócz północnego wiatru, nikt inny tamtędy nie hulał. Kolce były tak ostre, że nacięcie tworzyło głęboką ranę, która długo się nie goiła.
Tylko Johny zrywał tam maliny. Zawsze stał na zewnątrz. Nigdy nie wchodził do środka. Czasami wkładał głowę, by zobaczyć dorodne maliny wielkości śliwek, ale nie odważył się nigdy tam zagłębić. Teraz stanął z figurką Dicka van Soest’a. Przyglądał się gruszy, która stała na samym środku, a zewsząd otaczały ją malinowe kopce. Do drzewa było ze dwadzieścia kroków".
"Lochy Vierhuizen" rozdzial 3, fragment
Pisać proszę do mnie tylko na: jacek.roczniak@gmail.com
czwartek, 6 stycznia 2011
szukam nie tam jednak!
Po zniknięciu Sienne Ramones, po zdarzeniu pod szpitalem Cromwell House, Sienne znika. Cornel Cummings szuka jej na własną rękę. Odnajduje ją jednak policja. Nikt nie wie, gdzie była… a tylko Cornel wie, co było w jej pamiętniku. Żadne strony nie zostały z niego wyrwane. Znikło tylko jej zdjęcie. Każdy opisowy dzień tego dziennika zaczynał się nie słowami, tylko cyframi: 48:12.
środa, 5 stycznia 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)
